wtorek, 25 sierpnia 2015

Rozdział 2


(wiem, że piękny)



Siedziałam na kanapie w salonie czekając na całą resztę, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Wstałam i miałam już otwierać, lecz ktoś był szybszy. TiF odebrała jakąś paczkę, z którą poszła do kuchni i zaczęła ją otwierać. Westchnęłam i wróciłam na swoje miejsce i otworzyłam książkę. Wlepiłam wzrok w tekst i odcięłam się od rzeczywistości dopóki Roksia nie spytała się TiF co składa. Cóż, pewnie będzie to coś... rozkurwiającego.
- Składam moją wyrzutnię. - Spojrzałam znad książki.
- Wyrzutnię do...? - Zapytała Wilcza, która właśnie schodziła po schodach. 
Do mojego planu zawładnięcia światem. - Skupiła się na skręcaniu wszystkich części.
Po kilkunastu minutach ktoś powiedział, że nie ma jedzenia w domu i trzeba iść do sklepu. Jakże by nie było poszłam ja. Założyłam swoje niebieskie trampki i wyszłam z domu, kierując się najkrótszą drogą - przez las. Założyłam słuchawki i puściłam piosenki All Time Low i You Me At Six. Myślałam nad tym co się ostatnimi czasy działo. Bałagan, bałagan, mała sprzeczka, bitwa na jedzenie, jakieś koszmary, policja, wkurwieni sąsiedzi, którzy nie mogą spać. Zaśmiałam się pod nosem, wchodząc do sklepu. Po drodze zahaczyłam o koszyki, by wziąć jeden. Przechodząc między półkami włożyłam do łóżka mleko, jajka i inne podobne rzeczy. Cały czas byłam zamyślona, gdyż tak działała na mnie muzyka. Niestety przy kasie musiałam schować słuchawki i zapłacić za całe zakupy. Przeczesałam palcami swoje włosy i pakując wszystko w reklamówki, wyszłam ze sklepu. W drodze powrotnej już nie założyłam swoich słuchawek. Kiedy weszłam do domu jakby coś wbiło mnie w podłogę. Zostawiłam ich na piętnaście minut samych, a dom to czyste pobojowisko. Wszędzie sypały się pióra z poduszek z kanapy, w dodatku chyba ktoś urządził sobie drugą bitwę na jedzenie. Obrazy były pomalowane i przekrzywione, a z niektórych miejsc odchodziły panele. Zajebiście. Nagle usłyszałam wystrzał po mojej prawej stronie i co zobaczyłam? Wystrzelane serpentyny z wyrzutni TiF. Zmarszczyłam brwi i skierowałam się do kuchni, zamykając za sobą drzwi. Postawiłam zakupy na blacie. Postanowiłam wyjść na taras, gdyż nie mogłam usiąść w salonie. Kiedy na dworze się schłodziło postanowiłam wrócić do domu, który z moim zaskoczeniem był w jeszcze gorszym stanie niż po przybyciu ze sklepu. Krzyknęłam, że jeżeli do jutra nie będzie wysprzątane to im nogi z dupy powyrywam... eh, chyba jednak tego nie zrobię, bo nie potrafię. Postanowiłam położyć się spać, mając nadzieję, że jednak nei będę skazana na posprzątanie całego domu w pojedynkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz